Po co ci uwielbienie, jeśli nie masz trudności? Ono jest dane na czas cierpienia! Ta myśl usłyszana całkiem niedawno bardzo mnie uspokaja.

Przygotowując się do świadectwa zdałam sobie sprawę, że walka o uwielbienie jest w rzeczywistości bojem o ufność, moją ufność Bogu. To grzech szczególnie przykry, czy wręcz znienawidzony przez Niego. Zazwyczaj nie ufamy, czy trudno ufać w czasie, gdy spotykają nas rzeczy, których nie chcemy, które się nam nie podobają, wydają się za trudne.

W takich chwilach (często zmieniających się w długie tygodnie) staram się przypominać sobie wydarzenia, w których doświadczyłam Bożej obecności i ewidentnej pomocy. Wracam do okresu choroby mamy. Wyjmuję swoje świadectwo wtedy napisane i czytam je samej sobie. Wspominam ogrom doświadczanej wówczas łaski. Przywołuję na pamięć szczególnie moment, gdy zupełnie bez sił do działania i naprawdę bezradna za radą pana Budziaszka zaczęłam przez łzy śpiewać: „Jak dobrze jest dziękować Ci, Panie”. Ból nie zniknął. Nic poza głęboką częścią mnie się nie zmieniło. To podniesienie wewnętrzne pomogło mi przetrwać kolejne miesiące zmagań z nowotworem.


Obserwuję u siebie ciekawe zjawisko. Narzekanie powoduje duże problemy w życiu. Ale, eureka! Źle zaczyna się dziać w moim sercu, także w ciele, nie kiedy zaczynam narzekać, ale kiedy przestaję dziękować. To już początek klęski. Moje pierwsze nawrócenie wiązało się z zamianą narzekania i czarnowidztwa na wdzięczność, a potem uwielbienie. Ciągle muszę toczyć walkę o wdzięczność. (Pokój – szczęśliwość, ale bojowanie byt nasz podniebny) Kiedy przestaję zauważać otaczające mnie dobro, skupiam się na otaczającym mnie złu. Moja decyzja jest w tej kwestii kluczowa.

Widzę, że ilekroć stosuję terapię: więcej uwielbienia, zachwytu – ale nie tandetnego, nie nad byle czym – tym więcej we mnie chęci do tego, by jeszcze więcej uwielbiać. Oto otwierają mi się oczy, widzę szerszą perspektywę. Gdy jest mi źle, gdy życie przytłacza, kiedy nie mogę wytrzymać sama ze sobą, uciekam do psalmów i W Bogu wielbię Jego słowo (Ps 56, 11a). Wielokrotnie przekonywałam się, że siadam do modlitwy (lub chodzę – lubię modlić się, chodząc; polecam gorąco modlitwę w ruchu!) zupełnie nie wiedząc, co chcę powiedzieć albo co mi dolega. Wtedy to psalmista opowiada mi o mnie. Bardzo cenię psalmy mówiące o Bożej dobroci i mocy. Potrzebuję się utwierdzać w przekonaniu, że mój Bóg jest mocny. Chociaż ja nie widzę rozwiązań i jestem słaba, On niezmiennie jest wierny i mocny. Mój spowiednik mawiał, że chwile mojej słabości, głównie tuż po grzechu, są wyjątkowe niebezpieczne, bo się oskarżam. Polecał od razu po upadku wielbić Boga. W ten sposób się w Nim ukrywać.

Nie chodzi o to, by mieć dobre samopoczucie, przyjemne emocje, uśmiech na twarzy, gdy staje się do uwielbienia. Właśnie STAJE SIĘ! Nie umiem śpiewać na siedząco. Uwielbienie podnosi. Nie tylko ducha, ale także ciało. Dlatego też, gdy nie mogę wykrzesać z siebie entuzjazmu lub tracę głos, jak w ostatni poniedziałek, szczególnie skupiam się na tym, by modliło się moje ciało. Świadomie się prostuję, wyciągam ręce, otwieram dłonie. Staram się dobrze wyglądać przed Panem. Ale modlę się również przez łzy. Już taki mój „wylewny” urok. Sprawdziłam na sobie i wiem, że kiedy najbardziej nie chce mi się uwielbiać, powinnam uderzać agre contra. Nie szukać płaczliwie-tęsknych lirycznych wyciskaczy łez opiewających opłakany stan mojej osoby, ale uderzać w biedną ziemię, łez dolinę pieśnią mocy. Śpiewać: WSZECHMOCNY PAN, OPOKA MOJA, ON MOJE RĘCE ZAGRZEWA DO WALKI! Taka pieśń mnie wewnętrznie prostuje.

I jeszcze ważna rzecz. Uwielbienie, jak wszystko, jest łaską. Takie jest moje doświadczenie. Trzeba ją sobie wymodlić. Po pierwszym nawróceniu został mi podarowany tzw. samograj. Tuż po przebudzeniu wszystko we mnie śpiewało. Miałam wrażenie, że śpiewam nawet we śnie. Ale… przyszedł moment, że uwielbienie musiało się stać decyzją. Psalmista mówi: Chcę błogosławić Pana w każdym czasie. Na ustach moich zawsze Jego chwała (Ps 34, 2; oraz Ps 66; 109, 30!!!; 111,1). By uwielbiać potrzebuję upewnić się, że Bóg jest dobry. Nie generalnie dobry, dobry dla mnie! Jest moim dobrym Pasterzem, który prowadzi mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię (Ps 23, 3b). Gdy czuję się samotna, mówię: Ty jesteś ze mną (Ps 23, 4). Przypominam sobie Jego miłosierdzie ze spowiedzi generalnej. Jego opiekę, gdy wyprowadzałam się z domu, a On troszczył się o najmniejszy szczegół mojego nowego życia. Zaświadczam sama przed sobą o Bożej żywej obecności.

Wiem też, że w budowaniu zaufania Bogu bardzo pomaga mówienie świadectwa – Póki milczałem, schnęły kości moje, wśród codziennych mych jęków (Ps 32, 3). Wierzę, że Bóg działa w Waszym życiu. Mówcie o Jego łaskach! Możecie podnosić dzięki temu innych, ale chyba najbardziej samych siebie.